Monday, 18 August 2014

Legoland - world in miniature

Up until this year, in my head, Legoland used to be "a world in miniature". But not *also* this. JUST this. It wasn't until I started planning the trip and looked at Legoland's map that I found out the world in miniature is just a small part of the park. And the park itself was all about rides. Just made of Lego blocks. Or so they were supposed to look.

The buildings, cities, etc. made of Lego blocks are a small part of the park, yes, but at the same time an important park. And the oldest one. That's also the first thing you see when you enter the premises.

Some of the buildings I could easily recognise, like Neuschwanstein (although I haven't seen the original castle yet) or the castle in Cochem. Others were more mysterious to me. We loved the movie set where you could operate the cameras and see everything on the screens. Or the train lines (with tunnels) and the harbours. Yes, both the trains and the ships were moving! (Cars were moving too, by the way. And planes on the airport).

There was a part dedicated to Star Wars. And there was a part dedicated to Lego Friends series (easily recognisable due to its colours) with part of it placed under water (like some water animals, eg. dolphins).

We left this "miniature" part of the park up to the end of our visit. We didn't want to waste precious time for things we could see when the rides were already closed. Cause with Legoland it's that the park is opened longer than the rides. So we wanted to get as much as we wanted from the rides and only then see the rest. And it wasn't that hot anymore.


Aż do tego roku, w mojej głowie, Legoland jawił się jako "świat w wersji mini". Ale nie jako *również* to. Jawił się jako JEDYNIE to. Żyłam sobie w takim przeświadczeniu do momentu, gdy zaczęłam planować wyjazd i spojrzałam na plan Legolandu. Wtedy dowiedziałam się, że część mini jest jedynie mini częścią całego parku, a samą ideą jest dobra zabawa na różnych kolejkach, karuzelach i innych atrakcjach. Po prostu zrobionych z klocków Lego. A przynajmniej tak mają wyglądać.

Budynki, miasta, itp. zbudowane z klocków są małą, ale jednocześnie istotną częścią parku. I najstarszą. Są także pierwszą rzeczą, jaką się napotyka po wejściu na jego teren.

Niektóre budynki poznałam z łatwością, jak np. Neuschwanstein (choć oryginału dotąd nie udało mi się zobaczyć) lub zamek w Cochem. Rozpoznanie innych stanowiło większy problem. Bardzo nam się podobał plan zdjęciowy, na którym można było samodzielnie poruszać kamerą i oglądać widok z niej na ekranie. A także linie kolejowe (z tunelami) i porty. Tak, pociągi i statki się poruszały! (Samochody zresztą też się poruszały. I samoloty na lotnisku).

Była część poświęcona Gwiezdnym Wojnom. Była również część zbudowana z klocków z serii Lego Friends (łatwo było ją dostrzec z daleka z powodu kolorów) z częścią umieszczoną pod wodą (jak na przykład zwierzęta wodne takie jak delfiny). 

Część mini zostawiliśmy sobie na koniec wizyty. Nie chcieliśmy marnować czasu na rzeczy, które mogliśmy obejrzeć już po zamknięciu kolejek. Bo w Legolandzie wygląda to tak, że park jest otwarty dłużej niż jego atrakcje. Więc chcieliśmy na maksa wykorzystać wszystkie atrakcje, a dopiero później obejrzeć resztę. No i już wtedy nie było tak gorąco.    


Neuschwanstein

Star Wars

Lego Friends zone

Tuesday, 12 August 2014

Lalandia part 2 - the Aquadome

We finally got to Aquadome, the pools. I'm used to going to the locker rooms with my guys. And only the showers are separate for men and women. That's how it's organised in Sopot, that's how it's organised in Sopot. That's how we were treated when we were going to the pools with an infant (not in Sopot, but in some other pools there were special family locker rooms).

In Lalandia, girls' changing rooms, lockers and showers were on the ground floor, while guys had to climb the stairs to the first floor. So we had to split. I was a bit terrified how I was going to cope alone with an infant, but Danes are prepared for it all. There was a baby cot in the locker room and a seat with safety belts in the shower room (so that mom could wash herself easily and yet the baby is still right next to her). There was also a designated room with changing facilities for moms with babies and there was also a small plastic bathtub for washing babies. See? I told you they were prepared for it all ;) For everything you might need. Not a bad start.

We left the locker room and finally got to the pools area. There were several indoor pools there, like kiddy pool, artificial wave pools, have fun and play games pool, huge water playground, a river around the playground, one thermal pool, four slides for younger kids, one or two slides on the playground and three or four different huge slides in the corner. Plus one outdoor pool as well. So there was plenty of things to do and everybody could find something for themselves.

There was also one thing that I didn't expect and haven't seen anywhere else, but found very useful. When you entered the pool area, you could take yourself a cot for your baby. You only had to put something into it (like a towel or something), cause the empty ones were immediately taken away (as unused ones). But you could easily use it if you wanted to put your baby in a safe place or put them down for a nap.

There is a restaurant/bar in the pool area, so you don't have to leave it to grab something to eat or drink. There are tables where you can dine and there are quite a few high stools as well (once again, they're prepared for everything ;)). You can't pay with your chip bracelet though (and that's something we're used to). We had to pay cash, which was a bit of a disappointment and a bit of a discomfort. But doable, of course. Apart from that little disadvantage, the place was great.

Obviously, we started our pool fun with the kiddy pool. And we found out (or confirmed) that both our kids are water animals. We couldn't take either of them out of the water. Both of them enjoyed the tiny slides. I managed to take Artur to the playground, but he didn't enjoy it that much. He was afraid of the water splashing from the huge bucket on top of it. He liked the river much more.

Finally, once he got to like the little slides, I managed to convince him to go with me to the big slides. And that was a huge surprise for me that he liked them, too! Even the one where you have to lie on your belly and slide down face-first, with the water splashing into your face and me flying in the final part of this slide. He couldn't get enough of it. I have to say I was proud of him. A lot!


W końcu dotarliśmy do Aquadome, na baseny. Jestem przyzwyczajona do tego, że do szatni chodzę razem z chłopakami. A dopiero prysznice są osobne dla kobiet i mężczyzn. Tak to wygląda w Sopocie. Tak byliśmy traktowani, gdy chodziliśmy na baseny z niemowlakiem (nie w Sopocie, ale na innych basenach były specjalne szatnie rodzinne).

W Lalandii, damskie przebieralnie, szafki i prysznice są na parterze, a panowie muszą wspiąć się po schodach na pierwsze piętro. Więc musieliśmy się rozdzielić. Byłam z lekka przerażona, jak sobie poradzę sama z niemowlakiem, ale Duńczycy są przygotowani na wszystko. W szatni było łóżeczko niemowlęce, a pod prysznicami specjalne siedzonko z pasami bezpieczeństwa dla niemowląt (co ma umożliwić mamie swobodne umycie się, a jednocześnie pozwolić na bliskość z dzieckiem). Oprócz tego był specjalny pokoik z wszelkimi udogodnieniami do przewijania i umycia niemowlaka, a także mała plastikowa wanienka, w której można było umyć dziecko. Widzicie? Mówiłam, że byli przygotowanie na wszystko ;) Na wszystko, czego mama może potrzebować. Całkiem niezły początek.

Wyszłyśmy z szatni i w końcu udałyśmy się na tereny basenowe. Do wyboru było kilka basenów wewnętrznych, takich jak brodzik, basen ze sztuczną falą, basen do wygłupiania się i grania w różne gry, wielki wodny plac zabaw, rzeka wokół placu zabaw, jeden basen z bardzo ciepłą wodą, cztery zjeżdżalnie dla mniejszych dzieci, jedna lub dwie zjeżdżalnie na placu zabaw oraz trzy lub cztery ogromne zjeżdżalnie w rogu. I jeden basen zewnętrzny. Więc było co robić i każdy mógł znaleźć coś fajnego dla siebie.

W Lalandii było również coś, czego się nie spodziewaliśmy i nie widzieliśmy nigdzie indziej, ale bardzo się nam to przydało. Kiedy wchodziło się na teren basenowy, można było zabrać ze sobą łóżeczko/kojec dla dziecka. Wystarczyło włożyć coś do środka (np. ręcznik), bo puste były od razu odstawiane na miejsce (bo przecież puste znaczy nieużywane). Ale bez problemu można było w nim bezpiecznie zostawić dziecko na chwilę lub położyć je spać.

Na terenie basenowym jest także bar/restauracja, więc nie trzeba wychodzić, aby się posilić lub napić. Są stoliki, przy których można zjeść i całkiem przyzwoita ilość krzesełek dla dzieci (raz jeszcze, Duńczycy są przygotowani na wszystko ;)). Niestety, nie można płacić bransoletką z czipem (a do tego właśnie jesteśmy przyzwyczajeni). Trzeba zapłacić gotówką, co, nie da się ukryć, było pewnym utrudnieniem i nas zawiodło. Ale, oczywiście, jest to wykonalne. Poza tą jedną wadą, miejsce jest super.

Jak to zwykle z nami bywa, przygodę z basenami rozpoczęliśmy w brodziku. I dowiedzieliśmy się (a raczej potwierdziliśmy), że nasze dzieci to wodne zwierzaki. Żadnego z nich nie dało się wyjąć z wody. Obojgu podobały się małe zjeżdżalnie. Udało mi się zaciągnąć Artura na plac zabaw, ale niezbyt mu się tam podobało. Bał się wody chlustającej z wielkiego wiadra na szczycie konstrukcji. Zdecydowanie bardziej przemawiała do niego rzeka wokół placu zabaw.

W końcu, kiedy już przekonał się na dobre do małych zjeżdżalni, udało mi się go namówić na przetestowanie ze mną dużych zjeżdżalni. I, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, bardzo mu się tam spodobało! Nawet na tej, na której zjeżdża się na brzuchu na materacu, twarzą do przodu, z wodą chlapiącą po całej buzi, na której to zjeżdżalni na ostatniej prostej (choć stromej ;)) leciałam w powietrzu zamiast zjeżdżać. Po prostu nie miał dość, wciąż tylko wspinał się po schodach - jeszcze raz, jeszcze raz. Muszę powiedzieć, że byłam z niego dumna. Ogromnie.

 The baby cot / Łóżeczko dziecięce
 The tiny slides / Małe zjeżdżalnie
 The big slides / Duże zjeżdżalnie

Saturday, 9 August 2014

Lalandia - part 1

Our next destination was Billund, Denmark. Why? Cause the original plan for the trip was to go to Disneyland, Legoland and Science and Natural History Museums. When I started searching for flight options and accommodation, I was close to skipping Billund altogether. But then we got Legoland tickets for Christmas (and I'm so grateful for it), so I had no choice but to include it in our trip itinerary.

We landed in Billund on Sunday evening. Very late evening. So we decided to go to Legoland on Tuesday, when we're already rested after the "disrupted" night. But what could we do on Monday then? No, we did not see the town. Apart from the airport - Legoland route, we saw nothing of it. And that was also just fields and meadows.

When I was browsing the Internet for information on Billund (whether it's just all about Legoland or maybe there's something more to it), I came across Lalandia. And pictures of pools, lots and lots of them. I thought "Ok, let's make Billund our resting zone". I didn't have to convince anyone. It was decided. Monday - aquapark in Lalandia, Tuesday - Legoland.

We got up late on Monday (that is around 8 o'clock), packed our bags and left the hotel. We didn't take the bus from the airport to Lalandia, just walked the way instead. It was hot. Hot and sunny. It felt so much like summer, although these were the last days of April. I definitely didn't expect such nice weather in Denmark, but I didn't mind either.

We got to Lalandia (which is situated right across the street from Legoland, by the way). A whole new world. There was a small playground outside the building, but rather for older kids. Artur could play there and, if I remember correctly, he did for a little while, but wasn't thrilled. We got inside and... found ourselves in a kind of a Mediterranean village! But that was just the beginning.

First, we wanted to look around the place and grab ourselves something for breakfast (kids ate at the hotel) and only then go to the pools. So we passed by bowling centre, casino, monky tonky land, gym... until we got to... Alaska, was it? Anyway, that part was winter-oriented for sure. We bought ourselves coffee and muffins, while Artur went searching for gold. There was also a ski slope next to us and an ice-skate rink. So many things in one place. Cool, huh?


Kolejnym naszym celem podróży było Billund w Danii. Dlaczego? Bo pierwotny plan wycieczki obejmował wizyty w Disneylandzie, Legolandzie i Muzea Nauki i Historii Naturalnej. Gdy zaczęłam szukać lotów i zakwaterowania, niewiele brakło, a zrezygnowałabym z Billund. Ale w prezencie gwiazdkowym dostaliśmy bilety do Legolandu (za co jestem bardzo wdzięczna), więc nie pozostawało nic innego, jak ująć Billund w naszych planach podróżniczych.
Wylądowaliśmy w Billund w niedzielę wieczorem. Późnym wieczorem. Więc stwierdziliśmy, że do Legolandu pójdziemy we wtorek, jak już odpoczniemy po skróconej nocy. Ale co mogliśmy robić w poniedziałek? Nie, nie zwiedzaliśmy miasteczka. Poza trasą lotnisko - Legoland, nie widzieliśmy ani kawałka miasteczka. A to co widzieliśmy i tak ograniczało się do pól i łąk.

Kiedy przeglądałam Internet w poszukiwaniu informacji nt. Billund (czy to tylko Legoland, czy może jest tam jeszcze coś), natknęłam się na Lalandię. I zdjęcia basenów, wiele, wiele zdjęć. Pomyślałam sobie "No dobra, to niech Billund będzie naszą strefą odpoczynku". Nie musiałam nikogo namawiać. Zostało postanowione. Poniedziałek - aquapark w Lalandii, wtorek - Legoland.

W poniedziałek wstaliśmy późno (czyli koło 8), spakowaliśmy się i opuściliśmy mury hotelu. Zrezygnowaliśmy z jazdy autobusem z lotniska do Lalandii. Wybraliśmy spacer. Było gorąco. Gorąco i słonecznie. W powietrzu czuć było lato, choć to były dopiero ostatnie dni kwietnia. Zdecydowanie nie spodziewałam się tak pięknej pogody w Danii, ale również nie miałam nic przeciwko.

W końcu dotarliśmy do Lalandii (która, tak przy okazji, mieści się po drugiej stronie ulicy od Legolandu). Zupełnie inny świat. Na zewnątrz był mały plac zabaw, ale raczej dla starszych dzieciaków. Artur mógł się chwilę pobawić i, jeśli dobrze pamiętam, nawet przez chwilę z tego skorzystał, ale nie był specjalnie zachwycony. Weszliśmy do środka i... znaleźliśmy się w śródziemnomorskiej wiosce! Ale to był dopiero początek. 

Najpierw chcieliśmy się rozejrzeć, zjeść jakieś śniadanie (dzieci jadły w hotelu), a dopiero później pójść na baseny. Więc przeszliśmy obok kręgielni, kasyna, monky tonky land (vel małpiego gaju), siłowni... aż dotarliśmy do... Alaski? Czy czegoś podobnego. Zdecydowanie była to zimowa kraina. Kupiliśmy sobie kawy i muffinki, a Arturek w tym czasie zajął się poszukiwaniem złota. Obok nas był również stok narciarski i lodowisko. Tyle różnych rzeczy w jednym miejscu. Fajnie, nie?


 Billund Airport / Lotnisko w Billund