Tuesday, 30 April 2013

It's spring! Finally ;)

Long time no see, yet again. But both a lot and a little is happening in my life. Or at least I don't feel like sitting in front of a computer. I'd so much rather do some things at home, go for a walk or sit in the garden. Sorry for that, but that's just the way it is.

And that's why I'd like to share with you some pictures that we took in our garden almost two weeks ao. It was really warm and sunny (even though Artur so didn't want to take his hat off) and we were having so much fun on his tiny playground, looking for signs of spring and chasing our cat. Or rather finding a shadowed place in which they both could fit (Artur and Fifi, the cat).

A quick baby update - it's still a girl. Almost everything is ready for her big welcome. The room (as for now, at least), the clothes, the linens... I just have to pack a bag that I'm going to take with me to hospital. But I feel like I still have time for that. It's my 33rd week. Still 7-8 to go.  And the girl weighs around 2 kilos already! Kicking really hard and stretching a lot every single day and night :)

Plus we've planned our this year's holiday trip ;) Yes, we're planning to go on family holidays with our son and our daughter. And this year it's going to be Turkey. But in September. I'm mad, that's true, but not mad enough to take a younger baby on such a trip ;) Plus, it's going to be a relaxing trip. Mostly beach stuff. I'm well aware of the fact that it might be too difficult to go sightseeing with such a small baby. We've tried that with Artur in Greece. But that's exactly what we want and need right now.

Enjoy these few pictures!

I znów długo mnie tu nie było. Ale jednocześnie tak dużo i tak mało się wokół mnie dzieje. A przynajmniej jakoś nie mam ochoty na siedzenie przy komputerze. Dużo chętniej robię różne rzeczy w domu, idę na spacer lub siedzę w ogrodzie. Przepraszam, że tak jest, ale tak jest ;)

I dlatego właśnie chętnie podzielę się z Wami zdjęciami, które robiliśmy w naszym ogródku prawie dwa tygodnie temu. Było naprawdę ciepło i słonecznie (chociaż Arturek nie chciał zdjąć czapeczki) i świetnie się bawiliśmy na jego malutkim placu zabaw, szukając oznak wiosny i goniąc kotka. Albo raczej szukając zacienionego miejsca, w którym obaj by się zmieścili (Arturek i Fifi). 

A jeśli chodzi o dziecko - wciąż ma to być dziewczynka. Prawie wszystko już jest gotowe na jej przyjście na świat. Jej pokój )przynajmniej w takim stanie w jakim na razie pozostanie), ubranka, pościel itp. Pozostaje mi spakować torbę do szpitala. Ale na to wciąż mam dużo czasu. W końcu to dopiero 33 tydzień, więc jeszcze jakieś 7-8 przede mną. Maleńka waży już około 2 kg. Dużo kopie i rozciąga się o róznych porach dnia i nocy ;)

Co jeszcze? A, no tak. Zaplanowaliśmy sobie wyjazd wakacyjny :) Tak, planujemy rodzinny wyjazd z synkiem i córeczką. I w tym roku padło na Turcję. Tylko we wrześniu. Jestem szalona, to fakt, ale nie na tyle, by jeszcze mniejszą osóbkę zabierać ze sobą na taki wyjazd. ;) No i będzie to bardzo spokojny, relaksujący wyjazd. Głównie w formie plażowania. Mam świadomość tego, że z tak maleńką osóbką ciężko by było wybrać się na zwiedzanie. Przetestowaliśmy to z Tuśkiem w Grecji. Ale tego właśnie chcemy i tego w tej chwili potrzebujemy. 

Miłego oglądania zdjęć!



Wednesday, 6 March 2013

A quick update

Whoa! Two weeks have passed since my last post, and I honestly don't know when. Time's flying so fast these days.

My not-yet-born baby's fine. Kicking all the time. And by "all the time" I really mean all the time. For the last few days I've been wondering whether that child sleeps... ever. Well, we'll see when she's born. We've started preping a room for her. Choosing colours and all. My husband's gonna be redecorating next week. Now it's a total mess. And I already have some a lot of baby clothes. The tiniest ones. I still have to prepare those for her as well. But I'm waiting for real spring to come.

Talking about spring. It totally feels like spring! I know it's the beginning of March and snow is still ready to come back. But for the last week or so it's been warm and sunny and soooo pretty!

Our baby boy (yeah, I still think of him as of a baby. Have to stop it, I know, but I'm already sad that I'd have to do that) is sick, though. Since yesterday evening. We got back from kindergarden and it was ok. We went to our garden to see what warm weather's doing to it and it was fine. We got back home, we ate supper and it was ok. He had his bath and it was fine. And then, suddenly, fever and sore throat. No idea where it came from. So I had company at home today. That boy who hardly ever lies down for a minute or two during the day, stayed in bed almost the entire day. That says a lot about how he must be feeling...

I hope I'll be able to come back with some good news in a couple of days. And with a new post.

Wow! Już dwa tygodnie minęły od mojego ostatniego wpisu. Naprawdę nie mam pojęcia, kiedy. Czas tak szybko leci.

Moje jeszcze nie narodzone dziecię ma się dobrze. Cały czas kopie. I kiedy piszę "cały czas", naprawdę mam na myśli cały czas. Od kilku dni zastanawiam się czy to dziecko w ogóle śpi... kiedykolwiek. No cóż, pewnie dowiem się dopiero jak się urodzi. Zaczęliśmy przygotowywać dla niej pokoik. Wybierać kolory i takie tam. Mój mąż zacznie remont pokoiku w przyszłym tygodniu. W tej chwili panuje w nim totalny chaos. A, no i już mam trochę mnóstwo dziecięcych ubranek. Tych najmniejszych. Powinnam je również dla malutkiej przygotować, ale z tym czekam na prawdziwą wiosnę. 

Właśnie, skoro już o wiośnie mowa. Pięknie pachnie wiosną! Wiem, że to dopiero początek marca i śnieg jeszcze zapewne powróci. Ale od tygodnia czy jakoś tak jest ciepło, słonecznie i tak bardzo pięknie!

Nasz malutki chłopczyk (tak, dla mnie wciąż jest malutkim chłopczykiem. Kiedyś będę musiała przestać tak o nim myśleć i już mi przykro z tego powodu...) jest niestety chory. Od wczorajszego wieczoru. Wróciliśmy z przedszkola i było ok. Poszliśmy do ogródka sprawdzić, co dobrego ciepła pogoda w nim uczyniła i było dobrze. Wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację i było ok. Wykąpał się i było dobrze. I nagle gorączka i ból gardła. Ot tak, znikąd. Tak więc dziś miałam towarzystwo w ciągu dnia. Ten chłopczyk, który w ciągu dnia ani na minutę nie chce się położyć i odpocząć, przeleżał prawie cały dzień w łóżku. To najlepiej świadczy o tym, jak musi się czuć...

Mam nadzieję, że za kilka dni uda mi się wrócić do Was z dobrymi wiadomościami. No i z nowym postem.

Wednesday, 20 February 2013

Winter's back!

I have trouble sleeping at night. A wonderful side effect of pregnancy. The baby girl keeps kicking so hard at night that it's hard to find a comfy position. But I'm not complaining. I knew perfectly well, what I was asking for. After all, I've been there already. It's just an introduction. Kinda an explanation why I'm up in (what many may call) the middle of the night. Plus I have a severe soar throat. Now I am complaining. Which makes it even harder to fall asleep once I'm up at night. It's not like I get up, I'm simply wide awake. When I was pregnant with Artur, I used that time to catch up on my reading. Every night I spent 2-3 hours reading books, and then I was going back to sleep. I still believe that I'm not at that stage yet, but maybe I should try doing it.

Anyway, that is not why I'm writing all this. I woke up yesterday very early morning (still probably middle of the night to many people) and, don't know why as I usually don't do it, felt the nudge to look out the window. And so I did. And saw something I coldn't have expected! Ok, frankly speaking, I could have, as the evening before I heard weather forecast peopl saying something about have snowfall and stuff, but... the extent of it? The world was covered with 15-20 cm of that white, cold, fluffy and wet thing called snow! A winter wonderland! Every single thing, every tiniest branch of the tree that we have outta our bedroom window was covered with so much snow that it could barely hold. During the day most of it melted, though.

This morning I woke up to this exactly same picture! A fresh 20 cm layer of snow. And this time it stayed! Winter must be back, huh? I'm wondering for how long, though.

The pictures weren't taken today, sorry. They present January winter. But it's as beautiful as today's one, I promise ;)

Spanie w nocy przestało być przyjemnością. Piękny efekt uboczny ciążowego stanu. Nasza mała dziewczynka tak daje czadu w nocy, że ciężko mi znaleźć sobie jakąś wygodną pozycję. Ale nie narzekam. W końcu dobrze wiedziałam, w co się pakuję. Już raz to przecież przechodziłam. To tylko wstęp do tego, o czym chciałam napisać. Wytłumaczenie się z tego, dlaczego jestem na nogach w środku nocy, jak to wiele osób może postrzegać. Poza tym paskudnie boli mnie gardło. Tu już narzekam. I ten ból czyni tym trudniejszym zaśnięcie, gdy człowiek już raz się obudzi. Żeby nie było nieporozumień, nie wstaję z łóżka, po prostu nie śpię. Leżę i dumam. Kiedy byłam w ciąży z Arturkiem, wykorzystywałam te nocne bezsenności na nadrobienie zaległości w czytaniu. Każdej nocy spędzałam 2-3 godziny na czytaniu książek, a później szłam dalej spać. Nadal mam jednak nadzieję, że to jeszcze nie ten etap, ale może należałoby wrócić do tego nocnego czytania.

W każdym razie, nie po to to wszystko piszę. Wczoraj obudziłam się bardzo wcześnie (dla wielu pewnie był to środek nocy) i, nie wiedzieć czemu, poczułam silną chęć wyjrzenia przez okno. I tak też zresztą zrobiłam. Moim oczom ukazał się widok, którego nie mogłam się spodziewać. Chociaż szczerze mówiąc, mogłam, bo wieczór wcześniej słyszałam jak w prognozie pogody zapowiadali opady śniegu i w ogóle, ale... taką ilość? Świat był pokryty 15-20 cm warstwą białego, zimnego, puchatego i mokrego śniegu! Magiczna zimowa kraina! Każda rzecz, każda najmniejsza gałązeczka drzewa, które rośnie za naszym sypialnianym oknem była przykryta taką warstwą śniegu, którą ledwie była w stanie utrzymać. W ciągu dnia jednak większość śniegu stopniała. 

Dzisiaj moim oczom ukazał się dokładnie ten sam krajobraz! Świeża 20 cm warstwa śniegu. I tym razem się utrzymała! Chyba zima wróciła, co? Ciekawe jednak na jak długo.

Zdjęcia nie były zrobione dzisiaj, przykro mi. Pokazują styczniową zimę. Ale jest ona tak samo piękna jak dzisiejsza, obiecuję ;)

Saturday, 16 February 2013

It's gonna be a ...

Hello. No, I haven't forgotten about you. I'm a bit sick, again. Yeah, that's what it is - going to work at this time of year, when many people come to work sick. They think that if they take fervex, gripex or any other -ex (medicine for cold), then that's ok. And then it's not contageous. Well, they have no idea how wrong they are. And since I can't take any of the above mentioned, it takes me much more time to get better. Anyway...

I have news. It's huge! And fresh as well. We're going to have a GIRL! Yeah, that's the hot news of yesterday's evening! We're so happy! And especially Artur, although he's been saying right from the beginning, that he's gonma have a sister. Why? Cause sisters tidy up after themselves (and boys not? Well, said by a boy, after all).

Preps of another travel post are in progress. And soon, I'm going to post my first recipe post! That's new, but I'm gonna try that out for once ;)

I'm a happy, happy person right now. Not so much because it's gonna be a girl, but because I KNOW, who it's going to be. Have a great weekend!

Cześć. Nie, nie zapomniałam o Was. Znów jestem podziębiona. Tak, tak to właśnie jest - chodzić do pracy o tej porze roku, kiedy wiele osób przychodzi do pracy praktycznie chorych. Wydaje im się, że jak biorą fervexy, gripexy lub jakieś inne -exy, to wszystko jest w porządku. I że nie zarażają. No cóż, szkoda że nie są świadomi tego, jak bardzo się mylą. A że ja nie mogę brać żadnych z wyżej wymienionych, to u mnie dochodzenie do siebie trwa dużo dłużej. W każdym razie...

Mam nową wiadomość! Wielką! I świeżuteńką! Będziemy mieć DZIEWCZYNKĘ! Tak, to wielka sensacja wczorajszego wieczoru! Jesteśmy przeszczęśliwi! A już najbardziej Arturek, chociaż on od początku twierdził, że będzie miał siostrzyczkę. Dlaczego? Bo dziewczynki po sobie sprzątają (a chłopcy nie? Cóż, w końcu powiedział to chłopiec).

Przygotowania do następnego posta krajoznawczego są w toku. Poza tym, wkrótce pojawi się pierwszy post z przepisem. Krótki i taki na próbę, przynajmniej na razie ;) Zobaczymy, jak mi pójdzie, na ile będzie on zrozumiały i w ogóle. 

W tej chwili jestem super szczęśliwym człowiekiem. Ale nie tak z powodu tego, że będzie to dziewczynka, ile z powodu tego, że WIEM, kto siedzi w brzuchu. Życzę wszystkim udanego weekendu!

Monday, 4 February 2013

Pre-"Fat-Thursday" weekend ;)



It’s been a great (and busy) weekend. On Friday afternoon Artur was getting back from his kindergarden with his grandpa. He got on the bus and headed straight to the front, to the seat next to the bus driver. After all, when you’re in the front, you can see everything on the road. Anyhow, the seat was occupied by a roughly-sixty-years-old lady. My father asked her to hold Artur’s hand while he validates the ticket. When he got back, Artur was already deep in the conversation with the lady. He was holding a drawing that he made earlier that day and wanted to get home. What he did instead was give the drawing to that lady, saying at the same time – ‘I made it for you. Here you are’. They talked a bit about that and then she took out a pack of biscuits from her bag and said – ‘I’ve got something for you, too’. Oh, to be a kid again ;)

Apart from that, I’m really proud of what I did during the weekend. I made donuts. Polish kind, though. And faworki (that’s probably our specialty, really crispy sort of snack). I made donuts for the first time ever, and even though I was terrified while making them, they turned out (I’m humble, I know) delicious!  My grandma used to make these. Since she’s gone, we’ve been only buying some. This year, don’t know why, I’ve decided to make some myself. erfect for the upcoming "Fat Thursday" - last Thursday before Ash Wednesday (nuh, they're not gonna make it till Thursday).

To był piękny (acz pracowity) weekend. W piątek po południu Arturem wracał z dziadkiem z przedszkola. Wsiadł do autobusu i od razu pobiegł na sam przód, na miejsce obok kierowcy. Okazało się, że miejsce to zajmowała na oko 60-letnia babeczka. Tata poprosił ją, żeby potrzymała Artura za rękę, gdy on będzie kasował bilet. Jak wrócił, Arturem już zdążył wdać się z panią w dyskusję. W rączce trzymał obrazek namalowany w przedszkolu. Zamiast go donieść do domu, wręczył go tejże pani ze słowami – ‘narysowałem dla ciebie. Proszę’. Chwilę jeszcze pogadali, po czym pani stwierdziła – ‘Też coś dla ciebie mam’ i wyjęła z torby paczkę ciastek. Ech, dzieckiem być ;)

Poza tym, jestem bardzo dumna z tego, co udało mi się w ten weekend zrobić. A mianowicie usmażyłam pączki :) i faworki. Pączki robiłam po raz pierwszy w życiu, byłam z lekka przerażona, ale (skromnie rzecz ujmując) wyszły pyszne! Moja babcia robiła pączki. Ale odkąd nie ma jej z nami, ograniczaliśmy się jedynie do kupnych. W tym roku jakoś tak naszło mnie na zrobienie takowych. I miało to właśnie miejsce w minioną sobotę ;) Idealne na tłusty czwartek. Chociaż w sumie... Raczej go nie doczekają ;)

Here they are – pictures are of poor quality, but that’s too late to correct it right now ;)
A oto kilka zdjęć moich sobotnich poczynań – zdjęcia nie są najlepsze, ale nie ma jak ich powtórzyć ;)

And here's my little boy in preparation for his costume party tomorrow in his kindergarden.
A to mój mały chłopczyk przygotowujący się do jutrzejszego balu karnawałowego w przedszkolu.

Thursday, 31 January 2013

A really short skiing trip

We had winter. For some time. And last Monday it all started melting, it started raining and last night and today the wind has been blowing so stroooong! It's scary to even open the door. You don't know if after a few seconds you're still gonna have something to shut...

But not about that, not about that.

We went skiing on Saturday. Obviously, I wasn't skiing. I've never done that. And being pregnant is probably not the best time to start learning how to do it. But Artur was trying it out for the first time. And a happy mum as I was (and feeling much better than during the previous days) I was taking pictures of the three guys - the two adults trying to teach the child how to ski. Anyhow, we all had a great time! And that was the point! Even though it was really freezing!

Oh, and one new thing. I've decided to make this blog a bilingual space. But these are not gonna be direct translations. Although they're gonna state roughly the same. Grandma, I''m doing it for you :)

Mieliśmy zimę. Przez jakiś czas. A w poniedziałek wszystko zaczęło się topić, deszcz zaczął padać, a wiatr wiejący w nocy i dziś przez cały dzień przyprawia o zawrót głowy. Strach drzwi otwierać, bo nie wiadomo, czy po chwili nadal będziemy mieli czym dom zamknąć..

Ale nie o tym, nie o tym. 

W sobotę pojechaliśmy na narty. Oczywiście, ja nie zjeżdżałam. Nigdy nie miałam nart zjazdowych na nogach, a okres ciąży to chyba nie jest najlepszy czas na naukę jazdy na nartach. Za to Artur pierwszy raz próbował swoich sił na nartach. A ja, jako szczęśliwa (i lepiej się czująca niż przez poprzednie dni) mama, z radością robiłam mu zdjęcia. Jemu i dwóm pozostałym - dorosłym próbującym nauczyć dziecko jeżdżenia na nartach ;) W każdym razie wszyscy świetnie się bawiliśmy. I o to przecież chodziło! Nawet mimo paskudnego mrozu ;)

I jedna nowość. Od dzisiaj postaram się pisać posty w dwóch językach. Nie będą to dokładne tłumaczenia, często pewnie raczej wariacje na temat. Ale na pewno o tym samym. Babciu, chciałam, żebyś mogła nie tylko oglądać, ale także czytać :)